Wojna sześciodniowa jako punkt zwrotny

Kres tak zwanej małej stabilizacji dla żydowskiej diaspory w Polsce nastąpił w połowie 1967 roku. Wpłynęły na to wybuch wojny sześciodniowej, stanowisko rządu PRL wobec tego konfliktu ogłoszone 7 czerwca oraz wystąpienie Władysława Gomułki na VI Kongresie Związków Zawodowych 19 czerwca 1967 roku. Służba Bezpieczeństwa wzmogła obserwację obywateli polskich pochodzenia żydowskiego, mających kontakty z międzynarodowymi organizacjami syjonistycznymi lub Ambasadą Izraela w Warszawie. Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów przez kilka tygodni odmawiało wydania rezolucji potępiającej Izrael, jakiej domagały się władze - uległo naciskom dopiero 12 lipca 1967 roku.

Marzec 1968 na Dolnym Śląsku

18 marca 1968 roku we Wrocławiu odbył się wiec, na którym pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR Władysław Piłatowski zapewniał zebranych, że "partia i jej kierownictwo mogą zawsze na nas liczyć". Wałbrzych nie był miastem akademickim, więc nie doszło tam do otwartych wystąpień studenckich, jakie znano z Warszawy czy Wrocławia. Doszło za to do zachowań o charakterze antyżydowskim - na ścianach budynku Kongregacji Wyznania Mojżeszowego i siedziby TSKŻ pojawiły się wrogie napisy, wybito też szyby w budynku Towarzystwa. Ani partia, ani władze samorządowe nie zareagowały. Na wiecach i naradach padały wypowiedzi wprost wymierzone w żydowskich mieszkańców - nauczyciel jednego z wałbrzyskich liceów mówił o uczniach pochodzenia żydowskiego, że "dostali się do szkoły dzięki różnym protekcjom", a "nasze dzieci - dzieci robotników - muszą obecnie uzupełniać wykształcenie w szkołach wieczorowych".

Zwolnienia z pracy i z partii

Od połowy 1967 roku trwało "ujawnianie" osób pochodzenia żydowskiego, którym przypisywano postawę nacjonalistyczną. Wypowiedzi z okresu wojny sześciodniowej, w których Żydzi cieszyli się z sukcesów wojsk izraelskich, cytowano potem w raportach Służby Bezpieczeństwa jako dowód winy. W kolejnych miesiącach na szeroką skalę prowadzono "oczyszczanie" szeregów partyjnych - od podstawowych organizacji w zakładach pracy po komitety powiatowe i miejskie. Żydowskich członków partii przesłuchiwano, karano naganą albo po prostu skreślano z listy, niezależnie od faktycznych zarzutów. Wykluczono z partii między innymi wieloletniego wałbrzyskiego radnego Henryka Grynfelda oraz działaczy spółdzielni imienia Botwina - Esterę Szpakier, Chanę Boruczek, Salomona Dzikowskiego, Bencjana Lichtenberga, Markusa Hanzera, Siemiona Gilkisa i Ignacego Szlajena. Usunięcie z partii nierzadko oznaczało też utratę dotychczasowego miejsca pracy.

Dokument podróży w jedną stronę

W przeciwieństwie do wcześniejszych fal emigracji władze tym razem nie prowadziły kampanii mającej powstrzymać wyjazdy - przeciwnie, wiele wskazywało na to, że chcą się pozbyć jak największej liczby osób pochodzenia żydowskiego. Chcący wyjechać musieli złożyć w Radzie Państwa podanie o zmianę obywatelstwa z polskiego na izraelskie, a po uiszczeniu opłaty otrzymywali dokument podróży. Od 12 lipca 1967 roku jego cena wzrosła z 300 do 5 tysięcy złotych - pięćdziesięcioprocentową zniżkę mieli tylko renciści, kobiety po sześćdziesiątym i mężczyźni po sześćdziesiątym piątym roku życia, a dzieci do lat szesnastu były zwolnione z opłaty. Odmowę otrzymywały osoby mające dostęp do informacji niejawnych, mające polskiego współmałżonka albo toczące się przeciwko nim postępowanie sądowe czy prokuratorskie.

Skala wyjazdów w liczbach

Masowy ruch emigracyjny ruszył jeszcze w 1968 roku, ale ze szczególnym natężeniem trwał w 1969 roku, osłabł w 1970 i ponownie wzrósł w 1971. W całym kraju chęć wyjazdu zadeklarowało w 1968 roku 3437 osób, w 1969 roku 7674, w 1970 roku 698, a w 1971 roku 1118. Łącznie w latach 1968-1971 Polskę opuściło około 13 tysięcy tak zwanych marcowych emigrantów, z czego z Dolnego Śląska wyjechało około 4 tysięcy. Skalę zjawiska w samym regionie pokazują też dane cząstkowe - do połowy listopada 1968 roku podania o wyjazd z Dolnego Śląska złożyło 702 osoby, a w ciągu jedenastu miesięcy 1969 roku ubiegało się o dokumenty podróży już 1877 osób, z czego otrzymały je 1816.

Co zostało z instytucji żydowskich po 1968 roku

Jeśli w drugiej połowie lat sześćdziesiątych na Dolnym Śląsku mieszkało jeszcze około 7 tysięcy osób narodowości żydowskiej, to na początku lat siedemdziesiątych pozostało ich nieco ponad 2 tysiące. Przewodniczący tamtejszej Komisji Narodowościowej ocenił w 1972 roku, że "środowisko jest skryte, izoluje się od społeczeństwa", a TSKŻ nie ma już większego wpływu, bo większość ocalałych Żydów stroni od organizacji. Połowę pozostałych stanowili emeryci i renciści, a w wieku produkcyjnym pozostawała już tylko około jedna czwarta społeczności. Rok później kierownik miejscowego urzędu spraw wewnętrznych podzielił pozostałych na trzy grupy: związanych z TSKŻ, związanych z kongregacją wyznaniową oraz tych, którzy "nie należą do żadnego z wymienionych ugrupowań i nie przyznają się do swojego pochodzenia" - głównie inteligencję, która wolała zniknąć z pola widzenia niż zostać zaliczona do kurczącej się mniejszości. Dziś Gminę Wyznaniową Żydowską we Wrocławiu tworzy około trzystu osób, a jej dwie czynne synagogi, w tym Synagoga pod Białym Bocianem, to niewielki, ale wciąż żywy ślad skupiska, które jeszcze w połowie lat czterdziestych liczyło na Dolnym Śląsku od 90 do 100 tysięcy osób.