Mostek między wieżami katedry św. Marii Magdaleny

Na piątej kondygnacji katedry św. Marii Magdaleny, na wysokości około 45 metrów, wisi wąska kładka łącząca obie wieże świątyni. Nazywa się Mostkiem Pokutnic, a lokalna tradycja zna dwie różne opowieści tłumaczące tę nazwę.

W pierwszej wersji mostek miał być miejscem kary dla dziewczyny imieniem Tekla, skazanej przez ojca za próżność i lekkomyślne życie na wieczne zamiatanie kładki, aż do końca świata. Druga wersja, krążąca równolegle, każe traktować przejście po wąskim mostku jako próbę na czary: kobieta, która przeszła bez upadku, miała uchodzić za czarownicę, a ta, która spadła i zginęła, dopiero po śmierci zostawała uznana za niewinną. Żadne z dostępnych źródeł nie podaje, kto i kiedy te opowieści spisał po raz pierwszy, obie funkcjonują jako przekaz ustny, powtarzany dziś głównie w materiałach dla turystów.

Sam mostek jest jak najbardziej faktem architektonicznym, wzmiankowanym już w 1459 roku, krótko po ukończeniu wież. Legendy dorobiły się wokół niego dopiero później, jako sposobu na wytłumaczenie niezwykłej, budzącej ciekawość konstrukcji, po której dziś przechodzą turyści zwiedzający wieże katedry, nie skazańcy.

Kamienna głowa uwięziona w murze

W południową wieżę archikatedry św. Jana Chrzciciela wmurowana jest rzeźba przedstawiająca ludzką twarz. Legenda przypisuje jej imię Henryk: biedny czeladnik zakochany w córce zamożnego złotnika, odrzucony przez jej ojca, miał związać się z bandą rozbójników i wrócić do miasta bogaczem. Gdy i wtedy spotkał go zawód, w akcie zemsty podpalił dom mistrza, a sam wspiął się na wieżę katedry, by patrzeć na pożar. Według opowieści mur „pochłonął” wtedy jego głowę, zamieniając go w kamień na resztę czasu.

Historycy sztuki proponują dwa inne, znacznie mniej dramatyczne wyjaśnienia. Według jednego kamienna głowa to fragment starszej budowli, wtórnie wmurowany podczas przebudowy katedry w XIV wieku. Według drugiego to autoportret jednego z budowniczych, rodzaj podpisu zostawionego w kamieniu. Które z tych wyjaśnień jest bliższe prawdzie, nie da się dziś rozstrzygnąć, źródła historyczne po prostu milczą na temat okoliczności powstania rzeźby, a legenda o Henryku wypełniła tę lukę własną opowieścią o miłości, zbrodni i karze.

Kluskowa Brama na Ostrowie Tumskim

Na Ostrowie Tumskim, w gotyckim murze łączącym dawniej teren przykościelny z zabudową kapituły, zachował się kamienny łuk z niepozornym, zaokrąglonym elementem na szczycie. Miejscowa tradycja nazywa go kluską i wyjaśnia jego obecność opowieścią o wdowcu Konradzie, który po śmierci żony Agnieszki miał co dzień dostawać od niej we śnie miskę klusek, pod warunkiem że zawsze zostawi jedną na talerzu. Gdy pewnego dnia złamał ten zakaz i zjadł wszystko, ostatnia kluska miała uciec, przeturlać się przez miasto, przeskoczyć Odrę i skamienieć na szczycie bramy jako przestroga.

Sama brama jest znacznie starsza niż jakakolwiek konkretna data pozwala ustalić na podstawie dostępnych opisów. Badacze architektury wskazują, że utrzymana jest w surowym, funkcjonalnym stylu gotyckim i że część jej detali kamieniarskich mogła zostać wtórnie użyta z wcześniejszych, rozebranych już budowli sakralnych. Kamienna „kluska” jest więc najprawdopodobniej zwykłym elementem zdobniczym łuku, ale to właśnie jej niecodzienny kształt sprowokował z czasem powstanie opowieści, która tłumaczy go w sposób znacznie ciekawszy niż architektura.

Zamurowana para w murach ratusza

Ratusz stojący w środku wrocławskiego Rynku rósł przez blisko dwa i pół wieku, dostawiany kolejnymi bryłami od przełomu XIII i XIV wieku aż po przebudowę wieży w połowie XVI stulecia. Do tej długiej, dobrze udokumentowanej historii budowlanej lokalna tradycja dokłada jeszcze jedną, znacznie słabiej potwierdzoną opowieść: o zakonnicy i zakonniku, którzy złamali śluby czystości i za karę zostali żywcem zamurowani w ścianach wznoszonego wówczas budynku.

To opowieść, którą warto przywołać z zastrzeżeniem, bo brakuje dla niej twardych źródeł: nie wiadomo, kto ją spisał ani kiedy pojawiła się po raz pierwszy, a pewność jej autentyczności jako starej legendy, a nie późniejszego, ludowego dopowiedzenia, pozostaje niska. Motyw zamurowanej pary za złamanie ślubów jest za to znany z opowieści krążących wokół wielu średniowiecznych budowli w Europie, więc równie dobrze mógł zostać przeniesiony na wrocławski ratusz z zupełnie innego miejsca.

Co w tych opowieściach jest legendą, a co śladem w kamieniu

Cztery miejsca, cztery opowieści i wspólny mechanizm: w każdym przypadku punktem wyjścia jest realny, niecodzienny detal architektoniczny, wąska kładka między wieżami, dziwna twarz w murze, zaokrąglony kształt na szczycie bramy, długa historia budowlana ratusza, a legenda dorabia do niego wytłumaczenie, które łatwiej zapamiętać niż suche fakty o budowie czy przebudowie.

Żadna z tych opowieści nie ma ustalonego autora ani daty pierwszego zapisu, wszystkie krążą dziś głównie jako przekaz ustny i turystyczna anegdota. Nie znaczy to, że są bezwartościowe: pokazują, jak mieszczanie przez wieki oswajali własne miasto, nadając znaczenie temu, czego nie potrafili inaczej wyjaśnić. Detale, które je zapoczątkowały, wciąż można zobaczyć na własne oczy, wystarczy spojrzeć w górę, mijając wieże katedry przy Rynku albo idąc w stronę Ostrowa Tumskiego.