Sobota, po którą nie wrócili

5 czerwca 1926 roku, w sobotnie popołudnie, dziadek dziesięcioletniej Eriki i ośmioletniego Otto Fehse poprosił wnuki, żeby odebrały dla niego przesyłkę z poczty paczkowej. Rodzina mieszkała na trzecim piętrze kamienicy w okolicach dzisiejszego placu Jana Pawła II, noszącego wtedy nazwę Königsplatz. Dzieci ostatni raz widziano tego dnia po południu na Dominikanerplatz. Do domu już nie wróciły.

Szczątki znalezione w dwóch miejscach

Kilka dni po zaginięciu w mieście zaczęto znajdować poćwiartowane zwłoki dzieci - najpierw w okolicach ówczesnej politechniki, potem w Parku Szczytnickim, nazywanym wtedy Scheitniger Park. 7 czerwca dziadek dzieci otrzymał paczkę z kolejnymi szczątkami wnuczki. Sposób, w jaki sprawca lub sprawcy postąpili z ciałami, sprawił, że sprawa od razu trafiła na pierwsze strony gazet w całych Niemczech.

Śledztwo, które nie dało odpowiedzi

Do Wrocławia przyjechał Ernst Gennat, szef berlińskiej policji kryminalnej, uznawany za jednego z czołowych specjalistów od zabójstw w ówczesnych Niemczech, wraz z zastępcą kierującym wydziałem morderstw. Mimo doświadczenia śledczych z Berlina brak kontaktów w lokalnym środowisku i miesiące pracy bez rezultatu sprawiły, że sprawę odłożono na kilka lat. Według relacji dotyczących kariery Gennata, sprawa wrocławskiego mordu bywa wymieniana jako jedna z największych porażek jego zawodowej biografii.

Fala oskarżeń pod adresem Żydów

Już w 1926 roku w mieście krążyły pogłoski, że za śmiercią dzieci stoi mord rytualny dokonany przez Żydów, a ciała miały zostać pozbawione krwi, rzekomo potrzebnej do wypieku macy na święto Pesach. Prawicowa prasa podchwyciła te oskarżenia, policja konfiskowała czasopisma publikujące złośliwe artykuły na ten temat, a delegacja niemieckich Żydów składała w tej sprawie skargi. W tamtejszych plotkach przewijał się też domniemany żydowski rzeźnik, który miał dokonać zabójstwa - nigdy go nie odnaleziono, a cała ta wersja pozostała nieudowodnioną pogłoską. Żadne z tych oskarżeń nie znalazło potwierdzenia w materiale dowodowym.

Osiem lat później, w 1934 roku, do sprawy wróciła nazistowska gazeta "Der Stürmer", publikując w 32. numerze artykuł twierdzący, że ciała dzieci zostały znalezione zmasakrowane i pozbawione krwi, i domagając się wznowienia śledztwa. Gazeta przytoczyła też list rzekomo napisany przez babcię dzieci, oskarżający "światowe żydostwo". Policja odpowiedziała konferencją prasową, na której zastępca szefa wydziału morderstw oświadczył, że wszystko wskazuje na zwykłe zabójstwo na tle seksualnym, a nie na mord rytualny, a wszystkie egzemplarze tego numeru gazety skonfiskowano.

Podejrzani, których nie udało się skazać

Po 1934 roku śledztwo wróciło do dwóch nazwisk: doktora Arthura Engela, trzydziestopięcioletniego mężczyzny, oraz Herberta Hoella, trzydziestodwuletniego studenta z Czech. To Hoell wzbudził większe podejrzenia - biegli ocenili go jako sadystę, mieszkał w warunkach opisywanych jako skrajnie zaniedbane, a podczas przeszukania znaleziono u niego około 6700 pocztówek z notatkami i 1230 luźnych kartek z adresami i nazwiskami wrocławskich dzieci, wśród których wielokrotnie pojawiało się imię Eriki. Świadkowie mieli widywać go w towarzystwie dzieci, ale dowodów wystarczających do postawienia zarzutów nigdy nie zebrano. Wina Hoella - podobnie jak Engela - nigdy nie została udowodniona, a sprawa formalnie pozostała nierozwiązana.

Miejsce w dzisiejszym Wrocławiu

Ani plac Jana Pawła II, ani Park Szczytnicki nie mają dziś żadnego śladu upamiętniającego sprawę rodzeństwa Fehse - to zwykłe, uczęszczane miejsca w centrum i na wschodzie miasta. Sama historia przetrwała za to w innym, mniej wygodnym kontekście: bywa przywoływana przez środowiska neonazistowskie jako rzekomy przykład mordu rytualnego, mimo że oskarżenia wobec Żydów zostały już w latach 30. uznane przez policję za bezpodstawne. Część opracowań wskazuje też, że wrocławska sprawa mogła być jedną z inspiracji dla filmu Fritza Langa "M - Morderca" z 1931 roku, opowiadającego o poszukiwaniach zabójcy dzieci - to jednak powiązanie interpretacyjne, którego reżyser wprost nie potwierdził.